mala-rzodkiewkablog


2010-08-07 16:37:11
XI
Revial zatrzymał motocykl tuż przy wejściu do wieży, w którym kilkanaście minut wcześniej zniknęła trójka, którą obserwował. Wyłączył silnik i nie zsiadając z maszyny przetoczył ją do bramki, obok której, trzymając przy głowie chusteczkę, siedział wartownik.
- Coś się stało panie władzo? - zapytał, odpalając papierosa. Młody mężczyzna spojrzał na niego i skrzywił się.
- Nie pański interes. - Wstał z krzesła - Dokumenty proszę.
- Będąc dzieckiem, Hermesie, miałeś większy szacunek do starszych od siebie. -Sięgnął do kieszeni i podał mu plastikową kartę. Wartownik poprawił okulary i zeskanował ją.
- Dawno nas pan nie odwiedzał, panie Dragger. Musi pan uaktualnić kartę, w przeciwnym wypadku, podczas kontroli, może zostać pan zatrzymany do wyjaśnienia i potwierdzenia tożsamości – powiedział, ignorując go.
- Oczywiście, natychmiast się tak udam. - Mówiąc to, dmuchnął mu w twarz dymem. Odpalił silnik i gdy tylko barierka się przesunęła, ruszył przed siebie z głośnym rykiem. - Bez wątpienia - powiedział do siebie. Wyrzucił niedopałek i zatrzymał się na chwilę na pierwszym rozwidleniu. Zastanowiwszy się, skręcił w lewo.

- Erabrielu, mój drogi. – Ogromny rudy mężczyzna wycedził przez zęby, siedząc w podniszczonym fotelu. – Czy możesz mi wytłumaczyć, co ta szopka miała znaczyć?
- Przekazano nam, że mamy szukać lekarza, po wejściu na teren Szklanego Miasta. – Anioł rozsiadł się na kanapie naprzeciw fotela lekarza. Do małego gabinetu, przez obite skórą drzwi, wszedł Aarbal. Jednym susem skoczył do kanapy i kładąc się na niej, położył nogi na kolanach przyjaciela.
- A jak inaczej mieliśmy cię znaleźć, doktorku? – Zaśmiał się, szczerząc kły. – Normalnie! Prosząc o adres kogoś na ulicy, kretyni! Mieliście być tu anonimowo, a wy, jak zwykle, musieliście zrobić wokół siebie zamieszanie. – Wstał i trzasnął pięścią w stół, tak, że szklanki i popielniczka spadły na ziemię, roztrzaskując się. – Teraz każdy, kto was szukał, dowiedział się, gdzie jesteście!
- A któż nas szuka? – Erabriel zapalił papierosa i spokojnym głosem powiedział: – Przecież zanim zaczęliśmy jej szukać, nic nie nabroiliśmy, a naszą misją nie jest przeszkodzenie jakiemuś złemu charakterowi w podbijaniu świata, tylko odnalezienie i odprowadzenie młodej niskiej blondynki w miejsce, gdzie będzie bezpieczna. Znaleźć, odprowadzić, zabrać kasę i pojechać na wakacje. Nic specjalnego, wymagającego pościgu. – Snor spojrzał na niego szczerze zdziwiony. Usiadł, zdjął okulary i palcami przeczesał brwi.
- Albo udajesz kretyna, albo bawi cię żartowanie sobie ze mnie. Nie powiesz mi, że nie wiesz o tym, co się dzieje, że Lucjan nic wam nie przekazał.
- Lucjan? – Aarbal otworzył jedno oko i ciekawie zerknął na lekarza. – A co on ma do tego?
- Jak to co? No chyba to on wam zlecił znalezienie dziewczyny. – kpiąca mina demona dała mu do zrozumienia, że nie. Zaczął cos mówić, lecz jego słowa zagłuszył wybuch w drugim pokoju. Mężczyźni natychmiast poderwali się i pobiegli w stronę źródła hałasu. Spod drzwi drugiego pomieszczenia wydobywał się zielonkawy dym, który pachniał czosnkiem i ziołami. Lekarz jednym kopnięciem wywarzył drzwi. Z gabinetu wyczołgało się, mocno kaszląc, dwóch sanitariuszy. Snor podniósł ich obu na raz i postawił na ziemi, podtrzymując, żeby nie upadli. Erabriel natychmiast wbiegł w dym. Przez chwilę nic nie widział i piekły go oczy. Po omacku doszedł do łóżka, na którym powinna leżeć dziewczyna. Coś pociągnęło go za ramię do tyłu i przed oczami mignął mu ogromny wazon, który roztrzaskał się obok jego stóp. Dym rozrzedził się i anioł dostrzegł dziewczynę stojącą na łóżku w długim, białym fartuchu lekarskim, który był dla niej dużo za duży. W rękach trzymała kolejny wazon, gotowa nim rzucić. Za nim stał Aarbal, który pomógł mu wstać.
- Następnym razem ja idę w dym, w przeciwieństwie do ciebie nie potrzebuję oczu, by widzieć. – podszedł do Thiji i pomógł jej zejść z łóżka. – Co się stało mała? Zabiłabyś Erusia.
- Ta kretynka zaczęła w nas rzucać wszystkim co miała pod ręką! – krzyknął niższy z sanitariuszy.
- Nie ciebie pytałem. – warknął demon.
- Ten typ się do mnie dobierał! – wskazała na drugiego z nich, wyższego, blondyna w okularach.
- Dobierał?! Opatrunki jej zmieniałem! – zaczął się bronić i stanął za lekarzem, ponieważ Aarbal zrobił krok w jego stronę. Erabriel go powstrzymał.
- Thijo, nie zamierzał nic złego, robił to z polecenia Snora. – anioł starał się załagodzić sytuację. Uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

__________
notka odświeżona, opowiadanie istnieje, ale rodzi sie w bólach i wymaga czasu.

skomentuj (2)
2009-11-26 20:22:28
X
Ciężki but Erabriela trafił wartownika w brzuch, pozbawiając go oddechu i powalając go na ziemię. Mężczyzna próbował sięgnąć po broń, lecz w tym momencie anioł przywalił go swoim ciężarem i uderzając go w skroń wnętrzem dłoni wyszeptał bardzo szybko kilka słów. Spomiędzy jego palców błysnęło niebieskie światło i strażnik stracił przytomność. Na jego czole, w miejscu uderzenia pojawiła się mała, lekko sącząca się rana. Erabriel rozejrzał się i upewniwszy się, że w pobliżu nie ma innego wartownika, przesunął go pod ścianę i położył na brzuchu.
- Jak zawsze niezawodny – zaśmiał się jego przyjaciel, pomagając dziewczynie przejść przez barierkę. – Zawsze ci powtarzałem, że byłbyś świetnym negocjatorem.
- Ta, ale czy on – dziewczyna skinęła na nieprzytomnego – jak tylko się obudzi, nie zaalarmuje reszty, że na teren miasta przedostali się intruzi? – przyjrzała się rannemu. Miała wrażenie, że skądś kojarzyła tę twarz. Być może był jednym z tych, z którymi tak beztrosko bawiła się, gdy jeszcze była dzieckiem, strażnik nie wyglądał na wiele starszego od niej.
- Nie sądzę, by chciał alarmować kogokolwiek o tym, że potknął się o własne rozwiązane buty – odpowiedział długowłosy rozwiązując mu je – a nas nie będzie nawet pamiętał. Ot, taka sztuczka-magiczka.
- Niesamowite. Coś jeszcze umiesz? Na miotle latasz?
- Nie – zmieszał się, lecz na jego ustach pojawił się cień uśmiechu – na miotle nie latam.
- Tak, ale jak mu dać kapelusz z królikiem w środku to nawet umie go wyjąć. – Aarbal podał przyjacielowi dłoń, by pomóc mu wstać.
- No bardzo zabawne – skrzywił się – proponuję iść stąd, bo nie mamy za dużo czasu.
- No już, nie dąsaj się. Idziemy, idziemy.

Korytarz prowadzący do wnętrza wieży oświetlony był delikatnym, pomarańczowym światłem dochodzącym ze świetlówek pod półokrągłym sufitem. Oczywiście nie był to jedyny korytarz w wieży, granic było bardzo wiele, jako że konstrukcja była ogromna. Łączyły się one, przecinały ze sobą, na każdym skrzyżowaniu znajdowały się kierunkowskazy. Dziewczyna ciekawie rozglądała się próbując przypomnieć sobie , czy jednym z tych przejść opuściła w przeszłości swój dom. Co kilkadziesiąt metrów znajdowały się windy, dzięki którym można było dostać się na wyższe piętra, ale do tego potrzebne były przepustki, na których zakodowane były wszelkie dane, łącznie z uprawnieniami co do poziomów, na które mogła przemieszczać się konkretna osoba. Thija po raz kolejny tego dnia zaczęła rozmyślać o swojej przeszłości. Powoli zaczynało ją to denerwować, ponieważ wspomnienia, nie dość, żeby były bolesne, to przesłaniała je mgła niepamięci. Złościło ją to, że nie może przypomnieć sobie nawet głosu własnej matki.

Po kilku minutach ich oczom ukazał się przeszklony koniec tunelu, za którego drzwiami, z tego samego co ściany matowego szkła, znajdowała się szeroka ulica pierwszego poziomu miasta. Thija chciała zapytać, gdzie teraz zmierzają, lecz Erabriel uciszył ją gestem. Aarbal nachylił się nad nią i szepnął jej do ucha.
- Teraz mała, będziesz musiała grać. Mam nadzieję, że jesteś dobrą aktorką. – zaśmiał się cicho – Potrzebujemy dostać się do znajomego, nie bardzo wiemy, gdzie go szukać, ale mówił, że jak będziemy szukać lekarza to się znajdzie.
- Grać? – odszepnęła.
- Tak, moja droga, grać. Uwieś mi się na ramieniu, pojęcz trochę z bólu, nie powinnaś mieć z tym problemu, możesz sobie ulżyć za szycie. Potem możesz zemdleć, cokolwiek, bądź kreatywna. Tylko pamiętaj – szepnął jeszcze ciszej, dotykając ustami jej ucha – ma być dramatycznie. – Dziewczynę przeszedł dziwny dreszcz i sama nie wiedząc czemu cicho westchnęła. Demon uśmiechnął się do siebie i zarzucił sobie jej ramię na szyję. Musiał się zgarbić, by móc iść z nią w ten sposób. Skinął Erabrielowi, który wyjął z kieszeni dwie małe fiolki z czerwonym piaskiem. Zawartość jednej wysypał sobie na dłoń. Chwilę później piasek zaczął zmieniać się w ciecz, którą umazał swoją twarz i zachlapał ubranie.
- Pst! – syknął na niego przyjaciel – ja też chcę ładnie wyglądać. I może buzię naszej gwiazdy byś doprawił.
- Masz rację. – Mężczyzna delikatnie wysmarował twarz Thiji i trochę za mocno przyjaciela, który syknął na niego, nadal się uśmiechając jak szaleniec. Resztę piasku długowłosy wsypał sobie do ust, wzdrygnął się i przymknął oczy. Z kącików ust zaczęła wypływać mu ciecz przypominająca krew. Odwrócił się w stronę drzwi i zaczął na nie biec. Wpadł z impetem w jedno skrzydło wyrywając je z zawiasów. Szkło uderzając w ziemię posypało się na wszystkie strony.
- Ludzie! Ludzie, pomocy! – krzyczał zataczając się, starając się podnieść z ziemi. Pluł „krwią” i przyciskał lewą rękę do brzucha. – Pomocy! Ludzie! – Kobieta, którą złapał za spódnicę, natychmiast schyliła się by mu pomóc. – Napadli… napadli nas.. tam.. tam.. – wskazał na drzwi – Pomóżcie…
Przez wyważone drzwi kulejąc wyszedł Aarbal, prowadząc słaniającą się na nogach Thiję. Krótkowłosy opadł na kolana, krzywiąc się z bólu, a dziewczyna osunęła się po jego ramieniu na ziemię jęcząc. Natychmiast podbiegł do nich starszy mężczyzna i klęknął przy nich chcąc pomóc. Ktoś wołał o lekarza, kilku mężczyzn pobiegło wgłęb korytarza szukając napastników.
- Błagam, błagam… pomóż – chwyciła staruszka za kołnierz – proszę, pomóż mi… - złapała Aarbala za dłoń i położyła ją na swoim brzuchu. Przymknęła oczy i załkała – jestem w ciąży..  – zacisnęła powieki tak mocno, ze łzy popłynęły jej po policzkach, a chwile potem opadła bezwładnie. Demon położył głowę na jej brzuchu i zaczął krzyczeć, jakby obdzierali go ze skóry.
- Proszę się przesunąć! Proszę dać mi przejść! – przez tłum gapiów przedzierał się ogromny facet w skórzanym fartuchu. W jednej ręce niósł wielką skórzaną torbę lekarską, a w drugiej trzymał ogromny koc. Gdy zobaczył wijącego się na ziemi Erabriela zaklął okropnie. Postawił obok niego torbę i przeciągnął dłonią po ogromnej twarzy. Kucnął obok niego i nachylił się nad nim tak, że krótko przystrzyżoną brodę wsadzał mu prawie do ucha.
-Ochujeliście Erabriel, szukać lekarza, nie znaczy stawiać na nogi całe piętro. – wstał i odezwał się do tłumu – Proszę się rozejść, ja i moi ludzie zabierzemy ich do mnie, do przychodni. Proszę się rozjeść i nie robić zamieszania. – jak na zawołanie, obok niego pojawiło się kilku pomocników pomagających wstać aniołowi. Demon odpędzał wszystkich od dziewczyny, póki lekarz do niej nie podszedł i nie wziął jej na ręce.
- Witaj Snor, dawno cię nie widziałem. – Aarbal wstając szepnął w ucho olbrzyma. – Ładne przedstawienie?
- A idź do diabła, rogaczu. – westchnął rudowłosy mężczyzna.
- Przypominam, że diabeł nie bardzo mnie lubi. – Puścił mu oczko wspierając się na jednym z sanitariuszy.

skomentuj (1)
2009-11-26 19:50:37
IX

Na zakurzone podwórze, otoczone z trzech stron obumarłymi drzewami i rozpadającymi się kamienicami, zajechał ogromny motocykl, z którego lekko się zataczając, zszedł długowłosy mężczyzna. Klepnął pieszczotliwie maszynę w siedzenie i ruszył w stronę jedynego, nie zasypanego wejścia do budynku. Zatrzymał się na progu i wziął głęboki oddech, by uspokoić swoje pijane ciało. Wszedłszy do środka skierował się na drugie piętro, ostrożnie stąpając po zakurzonych schodach. Skończywszy wspinaczkę, po jak mu się wydawało, falujących schodach, zatrzymał się przed nadłamanymi, drewnianymi drzwiami, które, gdy je pchnął, otworzyły się skrzypiąc. Jego oczom ukazało się ogromne pomieszczenie, które wiele lat temu było czteropokojowym mieszkaniem. Po lewej stronie izby, tuż pod oknem stało wielkie drewniane biurko, zawalone papierami, przy którym na ogromnym skórzanym fotelu siedział bardzo młody mężczyzna w długim płaszczu koloru czerwonego wina.

-Pojawili się.- rzekł przybysz najwyraźniej, jak tylko umiał.- Ponoć dziewczyna jest ranna, domyślam się, ze chcą ją zabrać z miasta, jak nie z Ziemi Lucjanie.

-Ranna? – Mężczyzna w płaszczu spojrzał na niego z nad okularów. Z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji.

-Tak, ranna. Nie wiem dokładnie jak bardzo. – przeszedł przez pomieszczenie i zrzucił kilka papierów z biurka, by móc na nim usiąść.

-I co teraz planujesz Rev? – poprawił śnieżnobiałe włosy opadające mu na twarz. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął metalową, długą fajkę. Gdy przyłożył ją do ust tytoń zaczął się żarzyć. Zaciągnął się i wypuszczając dym przymknął oczy. – Zamierzasz ich śledzić, ujawnić się? Może odbić dziewczynę?

- Najpierw poznam ich plany. Myślę, że to będzie najlepszy sposób. – Zrzucił jeszcze kilka papierów w poszukiwaniu alkoholu. Znalazł półpełną butelkę wina i odkorkował ją zębami.

- I znów pijesz, myślę, że czas najwyższy skończyć przyjacielu, to Ci nie służy.

- Nie martw się o mnie – wypił resztę alkoholu jednym haustem - ja sobie dam radę, lepiej powiedz mi, czy ty czegoś się dowiedziałeś.

- Niewiele, niestety niewiele. Na dole, zdaje się, jeszcze nie wiedzą co się dzieje, lecz góra zaczyna coś podejrzewać. Myślę, że czas najwyższy zacząć traktować tę sprawę poważnie.

- Zobaczymy. Zobaczymy… - wstał chwiejnie – Tymczasem ja powęszę trochę.



skomentuj (0)
2009-11-26 02:17:19
VIII
Erabriel zatrzymał się przed barierką blokującą mu wstęp do wieży. Zerknął za siebie, trochę drażniło go to, że Aarbal ma lepszy kontakt z dziewczyną, którą to on znalazł, on miał przekonać do pójścia z nimi i w ogóle to on miał się nią zajmować, ponieważ jest delikatniejszy, subtelniejszy, no i w końcu to on jest aniołem. Ale nie, widać ona wolała złych chłopców, znów wyszło na jego. Przyjaźń przyjaźnią, ale to powodzenie u płci przeciwnej demona go zawsze drażniło. „O czym ja w ogóle myślę” – skarcił się w myśli – „Jej nie mieliśmy podrywać, tylko zabrać z tego burdelu”. Do barierki podszedł umundurowany mężczyzna. Miał na sobie ciemnozieloną koszulę z plakietką nazwiskiem i czarne, wąskie spodnie, wpuszczone w wysokie wojskowe buty. Przy pasie miał paralizator i pistolet. Do standardowego wyposażenia wartowników granicznych należał także zegarek z nadajnikiem, oraz specjalne okulary, dzięki którym mogli skanować przepustki, oraz bagaże ludzi wkraczających na teren wieży.
Na początku istnienia wież granice te miały sens, ponieważ nie wszyscy mieszkali na terenie Szklanych Wież. Kiedyś ludzie wybierali się do nich jak do centrów handlowych. Początkowo miały one służyć właśnie jako centra rozrywki, kultury. Przeniesiono tam kina, muzea, galerie, lecz z czasem zaczęli się tam osiedlać ludzie, wieże pięły się w górę, wysoko ponad pierwsze chmury. Granic używano coraz rzadziej, zaczęto łączyć Szklane Miasta korytarzami, także ze specjalnego szkła. W połowie XXI wieku japońscy uczeni, przez przypadek, wynaleźli szkło, które po specjalnej obróbce, stało się twardsze, wytrzymalsze i tańsze od dotychczas używanych materiałów budowlanych. Pierwsze konstrukcje ze szkła miały inne zastosowanie. Ukryto pod nimi piramidy, greckie i rzymskie ruiny, zabytkowe miasta oraz wszystko co wielkie, piękne i wystawione na zagrażające mu czynniki atmosferyczne. Potem francuski inżynier wpadł na pomysł szerszego wykorzystania szkła.
Obecnie granice wykorzystywane są głównie przez mieszkańców opuszczonych miast, którym uda się zarobić trochę więcej pieniędzy, znaleźć pracę w dolnych, biedniejszych ale i tak już ekskluzywnych rejonach wież. Raz na jakiś czas uda się komuś nawet odłożyć większą sumę i wyprowadzić się do tego lepszego świata. Granice wykorzystują także mieszkańcy szklanych konstrukcji, którzy postanawiają odwiedzić groby zmarłych, czy wyjechać, jeśli oczywiście nie stać ich na powietrzne środki transportu.
Erabriel uśmiechnął się do strażnika i uprzejmie poinformował go, iż za chwilę dołączy no niego dwójka przyjaciół, z którymi chciałby przekroczyć granicę. Mężczyzna spojrzał na niego krzywo, krew na jasnej koszuli anioła od razu zwróciła jego uwagę. W chwili, w której uniósł rękę z zegarkiem do ust by wezwać wsparcie, Erabriel opierając ciężar na jednej ręce zaciśniętej na barierce przeskoczył na jego stronę.

skomentuj (1)
2009-11-26 01:02:33
VII

Wychodząc z ponurej dzielnicy czuła się nieswojo. Wchodziła na obcy teren, na teren Szklanego Miasta. W miarę zbliżania się do ogromnej, szklanej wieży narastał w niej niepokój. Pamiętała, że kiedyś tam była, jako dziecko. Spacerowała wraz z matką, nie zdając sobie sprawy z istnienia tego gorszego świata. Nosiła piękne sukieneczki, lakierowane buciki, a na głowie zawsze miała długie warkoczyki, w które mama wplatała jej kwiatki. Szklane Miasta były zawsze piękne, zawsze świeże, jasne. Zatrzymała się kilka metrów przed miejscem zwanym granicą. Westchnęła ciężko i sięgnęła do kieszeni. Wyjęła z niej starą, porysowana i przybrudzoną kartę z przeźroczystego plastiku, na której nadrukowane było jej zdjęcie, jako czterolatki. Wtedy ostatni raz tu była. Wtedy też, ostatni raz widziała swoją matkę. Zanim została wypchnięta przez jedną ze szklanych ścian. Nim to się stało matka w domu dała jej metalowe pudełko i kazała uciekać. Uciekać ze Szklanego Miasta, które było jej domem. Jako czterolatka nie bardzo rozumiała o co mamie chodzi. Zabrała pudełeczko i zaczęła biec przed siebie. Do dziś nie wie jak znalazła się na samym dole wieży i przekroczyła granicę. Do dziś także nie wie, czemu jej matka kazała jej uciekać. O tym, ze została zamordowana dowiedziała się dziesięć lat później, od mężczyzny, który ją znalazł, brudną, zasmarkaną w jednym z korytarzy martwych budynków. Zabrał ją do swojego domu i postanowił wychować. A potem, gdy dziewczynka skończyła piętnaście lat, zmarł. Nagle, po cichu, odszedł w swoim łóżku, zostawiając ją samą na świecie. Był jedyną osobą na której, jej zależało, dlatego ciężko było jej się pozbierać, wtedy właśnie zaczęła pić i palić. Pochowała go w ogrodzie przysięgając sobie, ze już nigdy nie pozwoli, by ktokolwiek stał się dla niej ważny, bojąc się, że straci go tak samo jak matkę i „ojca”. Utrzymywała się z tego co znalazła w opuszczonych mieszkaniach, ludzie wyprowadzając się do lepszego świata zostawiali bardzo dużo zbędnej im elektroniki, czasem można było znaleźć nawet złoto, czy inne skarby.

Nie wiedziała nawet po co żyje. Trwała z dnia na dzień.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Aarbala.

- Idziesz? Nie mów proszę, że czegoś zapomniałaś. – podszedł do niej i przyjaźnie klepnął w ramię. – Nie chce mi się wracać, serio.

- Nie, nie zapomniałam. Tylko… Wiesz, pierwszy raz… A z resztą nieważne. – sięgnęła po papierosa do kieszeni. – Macie przepustki? Do wieży nie da się przecież wejść od tak.

- O to się nie martw ślicznotko, Era zna kilka sztuczek, które mogą nam pomóc.

- Pomijając wejście… spójrz na nas. Ja mam poszarpane, brudne ciuchy, zakrwawioną twarz, do tego jakieś nitki sterczące w każdą stronę z policzka. – skrzywiła się na samą myśl, jak żałośnie musi wyglądać w za dużych ciuchach po opiekunie. - Twój przyjaciel ma porwaną koszulę, pełno krwi na sobie a ty wyglądasz jakbyś się ze świnią całował.

-No tak. – zaśmiał się, obejmując ją ramieniem. – Ja zawsze wyglądam najgorzej. Nie martw się, nie martw. Na to też mamy sztuczki. A teraz chodź, proszę, jestem głodny.



skomentuj (0)
2009-11-09 22:56:27
VI

- Podsumowując waszą fantastyczną opowieść… - Dziewczyna wyjęła papierosa z paczki leżącej naprzeciw niej. Sekundę później Erabriel podsunął jej ogień - Ty, Aarbalu, jesteś demonem, a Twój uroczy przyjaciel jest aniołem. Jesteście tutaj ponieważ grozi mi jakieś niebezpieczeństwo, lecz nie możecie mi o tym powiedzieć, ponieważ szczegółów nie znacie, aczkolwiek zna je ktoś, do kogo chcecie mnie zabrać. Zdecydowanie nie jesteście moją halucynacją, o czym przypomina mi ból na twarzy. Erabriel uważa, że mogę nie być człowiekiem, a Ty mój drogi uważasz, jak to nazywasz, „wyprawę” po mnie za całkiem miłą zmianę codziennej rutyny. - Strzepnęła papierosa i spojrzała na niego wyczekująco, lecz tym razem głos zabrał długowłosy.

- Pokrótce można to tak nazwać, a teraz nalegałbym na spakowanie Twoich rzeczy i opuszczenie tego miejsca jak najszybciej, ponieważ to „niebezpieczeństwo” może zjawić się tu w każdej chwili, a nie sądzę, by było tak łatwe do zlikwidowania jak znajomi z osiedla - Wstał z ziemi i pomógł jej się podnieść. - więc proszę Cię, pakuj to co najpotrzebniejsze i wynośmy się stąd.

- Obaj jesteście szaleni. Zastanawiam się tylko, gdzie chcecie mnie zabrać, bo w sumie czemu mam z wami nie iść. Tu - spojrzała za okno- nie ma nic, nic co mogłoby mnie trzymać. Chyba tylko grawitacja.

- Na razie, to zabierzemy Cię do Szklanego Miasta.



skomentuj (1)
2009-11-08 22:34:54
V
- Z tym łysym… to przyznam, że nie. Taki szczęśliwie niefortunny zbieg okoliczności. Myślę, że inaczej nie bardzo chciałabyś z nami rozmawiać. - odrzekł odkorkowując butelkę.
- Masz rację, nie chciałabym. A skąd masz pewność, że chcę teraz? - spojrzała na niego zadziornie.
- Po tym, że wciąż nie kazałaś nam wyjść - zaśmiał się i podał jej butelkę. - Jak mój przyjaciel zaczynał mówić - zerknął na zmieszanego mężczyznę. - Jesteśmy tu ponieważ chcemy Cię chronić. Nie wiem czemu nie zdziwił Cię fakt, że szyłem Ci ranę włosem ale myślę, że historii, którą chcę Ci przedstawić tak łatwo nie przyjmiesz.

Rudy kot zbiegł ze schodów i wybiegłszy ze zrujnowanej klatki wskoczył na najbliższe drzewo. Zaczął wspinać się na najwyższą gałąź, by chwilę potem wskoczyć na okno na wpół zdemolowanego budynku. Przebiegł przez zakurzony salon i zatrzymał się w przedpokoju. Zaczął głośno miauczeć, przebierając nerwowo łapkami. Z kuchni, zataczając się, wyszedł mężczyzna. Pociągnął solidnego łyka z trzymanej w dłoni butelki wódki i opadając na kolana obok kota odrzucił ją. Szkło rozbiło się z hukiem o ścianę. Mężczyzna poprawił średniej długości ciemne włosy opadające mu na twarz którą pokrywał kilkudniowy zarost. Spojrzał na kota i wybełkotał kilka niezrozumiałych słów. Zwierze miauknęło i kiwnęło głową potakująco, wciąż nerwowo drepcząc w miejscu. Prychnęło z niezadowoleniem, gdy ogromna dłoń trochę za mocno pacnęła go w łebek, co prawdopodobnie miało być pieszczotą. Mężczyzna podniósł się chwiejnie z podłogi i spojrzał w swoje odbicie w lustrze. Zaklął pod nosem i sięgnął na wieszak. Na nagi tors zarzucił skórzaną kurtkę, a na bose stopy założył motocyklowe buty. Poprawił pasek w spodniach i wyciągnął z kieszeni medalion w kształcie głowy wilka zawieszony na długim łańcuchu oraz sygnet ze wściekle czerwonym okiem, które pogładziwszy z szacunkiem założył na siebie. Wychodząc z mieszkania zabrał kluczyki do motoru wiszące przy drzwiach. Bardzo, ale to bardzo starał się iść prosto.

skomentuj (0)
  księga gości

2010
sierpień
2009
listopad
marzec




opodal.nie
surrealistyczna-abstrakcja